Warszawa: Czarny poniedziałek

 

Tuż po świcie w poniedziałek, stołeczna policja w sile około stu pięćdziesięciu funkcjonariuszy szturmowych pojawiła się na ulicach różnych części Śródmieścia. Konfiskata żywności przewożonej do intratnych, choć zadłużonych restauracji Gesslera? Długo oczekiwana operacja wymierzona w fałszywych kamieniczników, „odzyskujących” nie swoje kamienice? Bynajmniej. Oto dzielni stróże prawa wysłani zostali by wesprzeć dwie eksmisje, do których miało dojść w tych samych   godzinach : na tyłach modnego dziś Placu Zbawiciela oraz na ul. Wilczej.

Obie eksmisje zostały już raz zablokowane, w obu rolę egzekutora pełniły instytucje publiczne, u których lokatorki były zadłużone.

Emerytka przeciwko polskiej armii

Już w październiku, gdy blokowaliśmy eksmisję w kamienicy na Sempołowskiej, którą zarządza Wojskowa Agencja Mieszkaniowa, ośmiu obecnych policjantów zaapelowało o wsparcie do Żandarmerii Wojskowej. Wobec przeciągających się negocjacji między armią a policją, co do prawnych aspektów takiej interwencji, egzekucja lokatorki na bruk
została wówczas wstrzymana. W międzyczasie, władze dzielnicy podkreśliły błyskotliwie, że lokatorka, której eksmisję zablokowano, nie jest bezdomna, a więc nie przysługuje jej żaden „lokal socjalny” (eufemizm określający miejskie rudery i klitki, którymi skromnie
dzieli się Ratusz). Dziś za to sprawiedliwości stało się zadość: policji było aż nadto, dłużniczka została odpowiednio upokorzona, trafiła na bruk (najpierw do szpitala, po zasłabnięciu), zaś blokada została rozbita, całkiem zresztą dosłownie: jedna osoba w areszcie, inna cała w siniakach. Ordung zatem utrzymany, wojsko i miasto może spać spokojnie.

Walka o toaletę kontra redaktor Zubik

Druga eksmisja – na Wilczej – dotyczyła kobiety i trójki niepełnoletnich. Nie ma już co pisać: „matki i jej dzieci”, bowiem dzielne społeczeństwo zaraz odeprze „Bachorów narobiła, a teraz sępi na mieszkanie w centrum! Lewactwo, darmozjady, rozstrzelać!”. Kiedy pierwszy raz przeszłam próg jej drzwi, uderzył mnie widok prycz jakby
więziennych i ogromny ścisk. Pomieszczenie mieszkalne, właściwie rudera na Wilczej, 18
metrów, nawet nie wypełniało definicji lokalu socjalnego. Ale miało toaletę. Tymczasem kobieta się zadłużyła – przypada na nią 30 tysięcy zł – zatem jej rodzina za karę dostała lokal bez łazienki.

W lipcu spora grupa osób przyszła bronić prawa lokatorki do toalety. Tymczasowo się udało, jednak blokada została bardzo źle odebrana społecznie. W gusta czytelnicze trafiła wówczas najlepiej redaktor Zubik, z apetycznym artykułem pt. „Zablokowali eksmisję rekordowej dłużniczki”. Teza bardzo strawna, prawdę pal sześć: lokatorka oszukała lud Warszawy na „blisko 150 tysięcy złotych”, za które każdy z nas mógłby dostać od Ratusza co najmniej po lizaku, a słusznej kary uniknęła dzięki innym darmozjadom – „skłotersom z Syreny”, którzy
bezczelnie byczą się w centrum, krzycząc z automatu swoje stałe hasła „miasto to nie firma, lokatorzy to nie towar”, przez co zmanipulowani sąsiedzi dają im węgiel na zimę. Jedyną stroną, która oprócz haseł potrafi wyartykułować zdanie, jest władza, w osobie jej rzecznika.

Dość powiedzieć, że tekst o „anarchistycznych darmozjadach” broniących innych darmozjadów odniósł ogromny komercyjny sukces, a czytany był także poza stolicą – wśród setek komentarzy pod tendencyjnym artykułem pojawiła się nawet opinia Pucka, słynnego prezesa mieszkaniówki (ZKZL) w Poznaniu: „tak wygląda miasto, gdy rządzi w nim anarchistyczne bezhołowie”. Jego komentarz utonął w morzu treści w stylu „na bruk!”,
„zaj..bać!”. Tym samym, autor planu budowy kontenerów zyskał natchnienie dla przyszłych śmiałych działań.

Zubik nie raczyła osobiście pojawić się na miejscu eksmisji, ani choćby porozmawiać z obiema stronami sporu – przyznajmy jednak, to bez wątpienia dość staromodny wymóg dziennikarstwa, tym bardziej, że nie ma tu żadnych „dwóch równych stron”, ani nawet sporu w sensie stricte. Dłużnik ergo darmozjad, tj. człowiek żyjący kosztem reszty
społeczeństwa, to nie partner do rozmowy. Jego wspólnicy w zbrodni są także w tyle wobec kulturalnej części świata, wyszczekują tylko slogany (Zubik przepisuje je po poprzednich blokadach, choć akurat wtedy wołaliśmy mało; głównie na modłę M. Jacksona, populistyczne i ordynarne „bideet bideet, naszym prawem jest mieć bidet”).

Toteż, gdy po blokadzie lokatorka poszła do Burmistrza prosić o lokal socjalny z toaletą, uzbrojona w teczki dokumentów dementujących medialne doniesienia, oraz w odpowiednie paragrafy, usłyszała słowa, które mogłyby być refrenem w popularnej piosence Zubik: zero
negocjacji, max siły na następną próbę egzekucji. Nie będą dłużnicy srać swobodnie kosztem reszty ludzi.

Władza w ręce wyobraźni

Na ile hasło „toaleta dla każdego” jest wywrotowe? Czy wynika ono wprost z „ideologii anarchistycznej”? Najwyraźniej brzmi dziś wystarczająco groźnie, by zmobilizować kolejne dziesięć radiowozów i 70 policjantów o poranku. Naiwny człowiek mógłby pytać dalej: „czy
koszt owej operacji nie był co najmniej równy budowie jednej toalety”? Czy wobec tego potrzebny był cały ten spektakl przemocy i upokorzenia? Cóż, ratusz słusznie przekonuje, że trzeba mieć na uwadze takie niematerialne aspekty, jak choćby „wskaźnik zadowolenia społecznego”, który tu trafnie wysondowała Zubik, pomagając wytworzyć odpowiedni
nastrój u ludu, z ignorancją wykraczającą poza ramy etyki dziennikarskiej.

Nie idzie jednak o to, żeby zastanawiać się czy opór wobec wysiedleń na ulicę bądź do niesanitarnych ruder jest w naszych czasach czymś „rewolucyjnym”, tj. nieracjonalnym – zostawmy ten dylemat bandzie szowinistycznego swołeczeństwa, któremu paliwa dostarczają przedstawiciele instytucji publicznych oraz niektórzy dziennikarze.
Nie dam sobie wmówić, że bronimy praw dyskusyjnych, choć w istocie zapiera dech, że są wciąż ludzie, dla których warto stać po stronie, lub w ogóle polemizować z tak upokarzającym status quo.

Rzecz w tym – i to jest dramat – że doszliśmy najwyraźniej do takiego momentu, że aby bronić skutecznie tak banalnych praw trzeba by dziś sięgać po narzędzia rodem z czasów „rewolucji”. Powiedzieć, że zostaliśmy sprowadzeni do parteru to mało – kolejna z nas właśnie trafiła na bruk.

Zarazem, wszyscy i wszystkie, którzy bez wahania i z gołymi rękami stanęli naprzeciw uzbrojonej policji, najwyraźniej są dla władz miejskich koszmarem – jak inaczej tłumaczyć tak wielką mobilizację sił? Pani Gronkiewicz-Waltz, panie Bartelski! Intuicja Was nie myli. Jeśli nie
trafiają do Was apele miejskiego bezhołowia, warto przypomnieć Wam – zwyrodniałym, katolickim darwinistom społecznym – opinię Waszego patrona z dawnych lat, francuskiego Kardynała de Retz:

„Oto moment, do którego doszli: oni sami zaczynają brać wasze armie za nic, a, bardzo nieszczęśliwie, ich siła leży dokładnie w ich wyobraźni. Można by szczerze powiedzieć, że tym co różni ich od każdej innej formy władzy jest – gdy dojdą do pewnego momentu – moc, by dokonać wszystkiego, co są w stanie sobie wyobrazić”.

W XXI wieku, nawet „przaśni” mogą sobie wyobrazić miasto bez ludzi na bruku, a mieszkania – z kiblami. Na nic Wasza arogancja wobec dłużników – tu w Warszawie 40 tysięcy rodzin żyje w zadłużonych lokalach. Mając wszystkich za darmozjadów, jak dziś, w ten czarny poniedziałek, sami doprowadzicie do przewrotu – nie trzeba tu żadnej
ideologii, wystarczy nie mieć gdzie się wysikać.

Sonia Berek,
Kolektyw Syrena

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *